#TakZwanaRecenzja "Grey"

            

Literatura dla kucharek XXI wieku


         

            "Kupiłam ją, gdyż poleciały mi koleżanki, które zbyt wiele nie czytają, a mimo to i one przeczytały ją z zapartym tchem. Zamierzam kupić pozostałe części." Na pewno kupiła.  Z pewnością kupi też tą, w końcu o czymś trzeba rozmawiać na piątkowej kawce z sąsiadkami. O czym mowa? O najnowszej książce pisarskiego bożyszcza kółek gospodyń wiejskich, fanek "Seksu w wielkim mieście" i gimnazjów, E.L. James.
            "Grey" czyli "50 twarzy Greya oczami Christiana" ujrzał światło dzienne 18 czerwca bieżącego roku i w ciągu 4 dni ponad milion egzemplarzy zajęło ciepły kącik w sypialniach gorliwych miłośniczek serii. Ponad to, tytuł od 10 tygodni utrzymuje się na liście PAPERRBACK TRADE FICTION bestsellerów New York Times na drugim miejscu (zaraz po Marsjaninie, który ostatnio zdominował wszelkie rankingi). Sypialnie Polskich fanek będą musiały jednak poczekać aż do 20 września. Dlaczego tak długo? Bo wydawnictwo Sonia Draga odpowiedzialne za tłumaczenie i dystrybucję tak postanowiło. Koniec dyskusji. Jako, że z natury nie jestem cierpliwym stworzeniem, nie wytrzymałam i sięgnęłam po oryginał.
            Kiedy dowiedziałam się, że ta książka ma powstać, pierwsze co przyszło mi na myśl (zaraz po "oho, kolejny skok na kasę")  to "Midnight Sun" czyli nigdy niedokończona powieść Sagi Zmierzch mająca pokazywać całą historię oczami Edwarda. Co prawda Team Edward nigdy się nie dowiedział co działo się w głowie ich umięśnionej błyskotki, ale dlaczego odmawiać tego innym? Autorka zadedykowała powieść wszystkim napalonym i zakochanym w Christianie paniom, które nie dawały jej żyć listami, mailami i groźbami o wznowienie sagi. No dobra, ujęła to ciut inaczej, ale szczerze wierzę, że tak właśnie było.
            Szkielet fabuły jest taki sam jak  50 twarzy Greya, więc rozpisywanie się o jej denności, i innych synonimach chłamu, nie ma sensu. Skoro cały zamysł polegał na przedstawieniu nam innego punktu widzenia, nie pozostaje nic innego niż się na nim skupić. Zmiany zaczynają się już od nazw tytułów, sztampowe "rozdział 1, 2, 3" zastępują daty. Zawsze coś. Kolejną są sny, które mają nam przybliżyć dzieciństwo Greya. Powieść zaczyna się od jednego, którego treść jest nawet całkiem przemyślana. Ich prawidłowość jest dość prosta: Christian śpi sam - złe sny, Christian śpi z Aną - dobre sny. Co jest ciekawe, złe sny układają się dość chronologicznie co sprawia, że przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie przypadkiem powieść fantastyczna (wiem, trochę się czepiam, ale no proszę was). O ile motyw snów w ciągu dłuższej części akcji powieści pojawiał się sporadycznie, tak w ostatnich rozdziałach spanikowana James dodawała je prawie cały czas, aby wyrobić się z całą historią. Niemniej jednak, są one czymś nowym i ciekawym, a przede wszystkim tłumaczą niektóre zachowania Greya. Poza oczywistym tokiem wydarzeń są dodane fragmenty, obrazujące prace w jego korporacji i totalny brak koncentracji na niej przez zafascynowanie Aną, zauważalny przez cały jego personel. W ich trakcie zdajemy sobie sprawę z tego jak wiele zaburzeń psychicznych męczy zarówno jego jak i jego podwładnych, którzy muszą się z nim codziennie użerać, a i tak mogą wylecieć za kiepską kawę. Najbardziej jednak istotnym aspektem jest jego stosunek do Any. Od samego początku myśli tylko i wyłącznie o seksie w jego bawialni, co skłania go do zlecenia pełnego researchu na jej temat. Nic nadzwyczajnego, przecież każdy to robi. Cały plan psuje wiadomość o dziewictwie dziewczyny, która dezorganizuje całkowicie styl życia Christiana i sprowadza go na drogę wszechobecnej wanilii. Do końca powieści śledzimy jego rozchwianie emocjonalne i walkę z samym sobą. O ile mogę się pokusić o tak mocne słowa. Ostatecznie wszystkie te starania niszczy spełnienie prośby Any, która z wdzięczności obraża się, zaczyna płakać i ucieka. Tak kończy się 50 twarzy Greya, myślicie, Christian jeszcze trochę po użala się nad sobą i wreszcie koniec, myślcie. Nic bardziej mylnego. Po tym wydarzeniu mamy przed sobą kolejne trzy rozdziały wyrzutów sumienia, smutku, złości, wizyt u psychoanalityka i codziennych przebieżek pod domem Any. Skłonności do prześladowania też musimy dodać do karty chorób Greya. Ostatecznie powieść kończy się wielką radością (moją, że mogę zająć się już czymś innym) i Greya, że może znowu będzie miał komu mówić, jak ma żyć.         
            Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona jak bardzo poprawił się warsztat pani James od czasu napisania swojej pierwszej powieści. Coraz rzadziej zdarzają się zaprzeczające sobie zdania, a i język jest bogatszy o tyle, że nie zdzieramy już sobie kolan po kolejnym potknięciu się o powtórzenie. Brawo. Nie ma jednak co obrastać w piórka, ponieważ powieść obfituje w ulubione powiedzonka Christiana jakimi są między innymi: "Weź się w garść, Grey", "Co ona ze mną robi", "Masz jeść". A mówiąc ulubione, mam na myśli powtarzane przy każdej nadarzającej się okazji. Dialogów nie ma sensu poddawać jakiejkolwiek analizie, ponieważ są przepisane słowo w słowo. Jednak, widocznie Christian ma problemy z przetwarzaniem informacji, (bądź autorka uważa nas za idiotów) gdyż za każdym razem powtarza sobie w głowie to, co właśnie ktoś do niego powiedział. Albo sam powiedział. Ma też niezdrową tendencję do przesadnie długich opisów i analizy rutynowych czynności takich jak wkładanie przez Anę torebki herbaty do wrzątku. Skoro już jestem przy opisach to teraz przecież najważniejsze - sceny seksu. Kiedy już do nich dobrnęłam liczyłam, że skoro Grey jest takim doświadczonym fetyszystą to będą one choć ciut ciekawsze niż z perspektywy przestraszonej dziewicy. Częściowo tak było, jednak jeśli miałabym pokazać ich schemat, to wyglądałby on następująco: godzina rozbierania Any i krępowania jej dłoni, dwie godziny całowania Any, 10 sekund seksu właściwego, Ana idzie spać, a Christian myśli "Co ona ze mną robi". Koniec. Ich zabawy na czerwonym placu zabaw wyglądały mniej więcej tak samo tylko z użyciem jeździeckich akcesoriów i nie mam tu na myśli siodła. Od niezależnego męskiego eksperta dowiedziałam się, że na samą myśl o tych scenach jądra się kurczą i chcą wrócić z powrotem do podbrzusza. Brzmi dość nieprzyjemnie, ale jednak James nie ma się co przejmować, przecież panie domu nie mają takich problemów. Mimo tego wszystkiego, w porównaniu do właściwych 50 twarzy Greya, od strony technicznej ta książka jest o wiele lepiej napisana i czyta się ją po prostu szybciej.
            Stworzyłam tu niezłą epopeję, ale muszę wam powiedzieć, że to jest tylko ogólny zarys tego co kryje w sobie ta powieść. Celowo pominęłam niektóre aspekty, a o innych może już zapomniałam. Nie będę tu pisać, że po przeczytaniu miałam depresję egzystencjonalną, myśli samobójcze czy, że zmarnowałam na nią mój wolny czas, ponieważ pomysł "Hej, weźmy starą koncepcje Meyer z zamrażalnika, pozmieniajmy trochę składniki, wsadźmy do mikrofalówki i zobaczymy co się stanie" jest warty poświecenia tych kilku wieczorów. Chociażby po to, żeby móc świadomie ją hejtować i docenić każdą inną książkę, do której się udacie, żeby trochę ochłonąć po tak wielkiej dawce emocji. Ja teraz mogę już tylko ubrać kapcie, zrobić popcorn i czekać na polską premierę oraz związany z nią szał akolitek pani James. Zapowiada się zabawnie. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 

About Me